środa, 2 października 2013

Rozdział IV. Szpital i omdlenie.

http://www.youtube.com/watch?v=I9QGpHScGug (idealny teledysk)

- Hej. Jak się czujesz? – powiedział czule Matthew
- Chyba … w porządku. – przeciągałam się i nagle coś szczęknęło w plecach
- Ej, wszystko ok? Zawołać kogoś? Może pielęgniarkę. – już zamierzał wstać, ale chwyciłam go za rękę
- Spokojnie. Starość nie radość.
- Och, Lena. Brakowało mi Ciebie. Twojego uśmiechu. Wiem, jestem dupkiem.
- Nie mówmy o tym, proszę. To nieodpowiednia chwila. Jestem słaba i nie mam siły wrzeszczeć. – zażartowałam
- Gdybym mógł cofnąć czas to … - przerwałam mu i ścisnęłam jego dłoń
- Ale nie da się go cofnąć. Przykro mi, ale nie da się.
Spochmurniał. To nie jest dobry moment na poważne rozmowy. Oboje czujemy się beznadziejnie, a on poobijany siedział przy mnie całą noc. Jest mi go żal. Wiem, że nie powinnam mu wybaczać. Po prostu czuję się taka bezsilna i potrzebuje kogoś.

- Matt? Mogę Cię o coś prosić? – ocknął się nagle
- Jasne. Co mam zrobić? – spytał z uśmiechem, ale wiedziałam, że jest smutny
- Mógłbyś zadzwonić do mamy? Chcę, żeby wiedziała, że tu leżę. Jeśli będzie mogła to niech mnie odwiedzi. Muszę z nią porozmawiać.
- Dobrze. Już idę. – wstał i nagle zakręciło chyba mu się w głowie, bo upadł

„PIELĘGNIARKA, PIELĘGNIARKA! POMOCY!” – wrzeszczałam
W końcu przybiegła kobieta w białym fartuchu i kiedy zobaczyła, co się wydarzyło szybko zawołała: „Nosze, nosze! Szybko!”. Lekarze w mgnieniu oka się pojawili. Widziałam znikające ciało Matthew za drzwiami mojej sali. Rozpłakałam się. Żałowałam, że z nim nie porozmawiałam o tym wszystkim. O tym, że go potrzebuje. Że nie potrafię żyć bez niego.

Minęło sporo czasu zanim się uspokoiłam i wzięło mnie na wspomnienia. O rodzicach, dzieciństwie i przyjaciółkach, które właśnie teraz potrzebuję.
Bardzo brakuje mi ojca. Mama jest dla mnie bardzo ważna, ale męska pomoc w moim życiu jest mi potrzebna. Po prostu go potrzebuje. Kocham moich rodziców. Nawet żyjąc ze świadomością, że ojca nie ma. Bardzo ich kocham. Nikt nigdy nie miał i nie będzie miał lepszych rodziców.

Zaczęłam rozpamiętywać czasy licealne, kiedy ojciec jeszcze żył.
Zawsze był ze mną. Nigdy przeciwko mnie. Wiadomo, że zdarzały się sytuacje, które były mało przyjemne, ale trzeba przyznać, że to głównie moja lekkomyślność. Tata się ze mnie nabijał, że jestem lekkoduchem i mogłabym zostać artystką. Zawsze miałam z tego ubaw po pachy. Ale szczerze? Nie nadaję się na artystkę. Coś tam brzdąkam na gitarze i trochę rysuje. Nie są to jednak dzieła na skalę artysty. Lubię się chwalić swoim rysunkami, bo sprawia mi to przyjemność – jak każdemu. Mój tata często to robił. Wchodził nieproszony do pokoju i oglądał moje „dziełka”, które porozwieszałam po całym pokoju. Komentował, a ja się z tego niezmiernie cieszyłam, jak dziecko. Z czasem stwierdziłam, że kocham patrzeć na te rysunki. Przypominają mi ojca. Wtedy wiem, że moje życie ma sens. Zawsze rysuje spontanicznie. Co do gitary … stoi zawsze naprzeciw wejścia, żebym mogła ją podziwiać. Po raz pierwszy w rękach miałam ją w wieku 4 lat. Tata nauczył mnie pierwszych chwytów. Niesamowite doświadczenie. Z czasem przestałam się nią interesować i pozostawiłam na strychu. Od dwóch lat jestem nią oczarowana. Uczę się nadal, bo to żywioł ciężki do poskromienia. Kiedy mam dosyć świata zewnętrznego zamykam się w swoim. Oczywiście z gitarą i potrafię tak przesiedzieć więcej niż 3 godziny. To piękne, że ktoś wymyślił coś takiego, jak muzyka.

Kiedy ojciec umarł miałam na szczęście niezwykłe trzy przyjaciółki: Muriel, Oriane i Carmen. Były niesamowite. A czemu były? Rozeszły nam się drogi, ale dobrze je wspominam. Muriel to była szalona. Miała czarne, długie loki i zielone oczy. Wszyscy faceci się za nią oglądali. Uwielbiała lakiery do paznokci i wszystko, co związane z kosmetyką. Miała brata bliźniaka, którym był Matt. Było zabawnie, kiedy przychodziłam do jej domu, a on obejmował mnie przy całej swojej rodzinie. Oriana natomiast to była skromna, ładna dziewczyna. Była brunetką z włosami do ramion. Potem ścięła je i przefarbowała. Była jedną z najszczuplejszych osób w naszej licealnej klasie. Po szkole zajmowała się pracą w schronisku dla zwierząt i tam zamierzała w przyszłości pracować. Ciekawe czy się jej udało … Trzecia to Carmen. Zupełna krejzolka. Była blondynką, ale taką, która zupełnie odstaje od stereotypowej blondi. Osoba niezwykle utalentowana muzycznie. Śpiewała, grała na wielu instrumentach. Zawsze jej tego zazdrościłam. No, ale nie ukrywajmy, że miała dużo kasy, więc mogła pozwolić sobie na różne wyjazdy i „trasy koncertowe”. Tak, „trasy koncertowe”. Nie były to jakieś wielkie rzeczy, ale zawsze jakieś. W pierwszej klasie liceum założyła zespół. Trochę od nas się oddalała i coraz rzadziej ją widywałam. Później wypisała się z naszej szkoły i chodziła do jakiejś muzycznej.

Były niezwykłe mimo swoich wad. Tyle czasu ze sobą byłyśmy, że nie dziwie się, że tak to się skończyło.
Moje przemyślenia przerwał krzyk mamy: „Gdzie ona jest? Do cholery! Gdzie?”

Nigdy nie słyszałam jej, jak przeklina. To coś nowego. Po chwili już znalazła się przy moim łóżku i obcałowywała mnie. Przyniosła zupę i ugotowanego kurczaka z moją ulubioną sałatką. Właśnie za to ją kocham. Wie, czego mi potrzeba. Z zawiniętej reklamówki wyjęła książkę, która leżała na moim stoliku nocnym. Nie dokończyłam jej jeszcze. Było w niej za dużo miłości, a wtedy przeżywałam ciężkie chwile.
- Masz, słoneczko. Teraz będziesz mogła dokończyć, kiedy między Tobą, a Matthew wszystko się układa.

No i to właśnie były momenty, gdy miałam swojej mamy dosyć.

- Mamo … ja do niego nie wróciłam.
- Jak to? Przecież … rozmawiałam z nim. Mówił, że … - przerwałam jej, obejmując jej dłoń
-  Z Mattem wszystko ok?
- Tak, wszystko w porządku. Lekarze mówili, że zasłabł, ale to ze względu na to, że nie przespał nocy.

No jasne. Czuwał tu nade mną. „Dupek jeden, a teraz chce mi umrzeć” – pomyślałam i zaśmiałam się.
- Z czego się śmiejesz? – spytał Matthew, który pojawił się w progu sali
- O to Ty! Już dobrze? Co mówią lekarze?
- Chyba mama już Ci wyjaśniła. – odpowiedział chłodno

Zerknęłam na niego i zauważyłam, że oczy miał czerwone od płaczu.
- Tak, wyjaśniła. – odpowiedziałam pogodnie i z lekkim uśmiechem

Wiedziałam. Zaatakowałam go, głupia. Wiem, że on też źle to znosi, ale to nie ja się przespałam z jakąś nieznajomą.  Pewnie słyszał „(...) ja do niego nie wróciłam”.

- To ja pójdę, a wy porozmawiajcie. W końcu po to zwołałem Twoją mamę do Ciebie.
- Matt, czekaj! Zostań z nami.

Matt nie miał rodziców. Nie miał go kto odwiedzić i pocieszyć.
- Lena … to nie ma sensu. Idę do siebie. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała zadzwoń. Mama miała przynieść Ci telefon. – odpowiedział
- A no tak! Masz, kochanie. – mama się ocknęła i podała mi telefon z jej torebki
- Dziękuję. To dobrze, że będę mogła się komunikować z innymi. Zgłupieje tu sama. – zażartowałam, chcąc rozluźnić atmosferę

W rzeczywistości nie miałam z kim rozmawiać. Tylko Matthew i mama wypełniali pustkę.
- No tak. Teraz jesteś sama to telefon się przyda. – powiedział Matt i wyszedł z sali

Mama zerknęła na mnie, ale się nie odezwała. Nie chce wybuchnąć płaczem przed nią. Sama źle znosi wszystko, co się dzieje. Nie ma męża i sama teraz ciężko choruje. Ja tylko jej ciąże. Obiecuje sobie w duchu, że kiedy wyzdrowieje i skończę studia, wyjadę. Dam jej spokój. Niech odpocznie. Cały czas się mną zajmowała. Jestem już dużą dziewczynką. Przywiozę jej pieniądze i pomogę w chorobie.
- To może ja rozpakuje ci jedzenie, co? W szpitalu nie dają dobrych posiłków.
- Zgadłaś. Są ohydne. Chętnie coś zjem. – powiedziałam z uśmiechem, ale w rzeczywistości na nic nie miałam ochoty

Czekałam kilka minut, kiedy w drzwiach ukazała się mama z niedawno poznanym przeze  mnie osobnikiem. Był ubrany w ciemne jeansy, fioletowy T-shirt opięty na klacie. Naprawdę atrakcyjny z niego facet.
- Och, Joseph … - westchnęłam
- Cóż … miłe powitanie. – odpowiedział z ironią, ale niezłośliwie
- Lena, zachowuj się! Ten młodzieniec chciał cię odwiedzić! – mama spiorunowała mnie wzrokiem
- Dobrze, dobrze. Siadaj wygodnie. Mamo zjem później, w porządku? – spytałam
- Jasne. To ja zaparzę herbaty czy coś. Sama się zmachałam. Muszę latać po piętrach, żeby znaleźć stołówkę, toaletę …
- Mamo! – przerwałam jej
- Już dobrze. Idę. Wrócę za jakieś 30 minut. – odpowiedziała z uśmiechem

Wyszła z sali. Podejrzewam, że doszła do wniosku, że Joseph to mój chłopak. Że niby dlatego Matt był taki wściekły. Wyczytałam to z jej oczu. Jest taka łatwa do rozgryzienia. 

Joseph stanął nad moim łóżkiem i uniósł moją dłoń w stronę swoich ust. Nie pocałował, ale musnął po niej swoim delikatnym zarostem. Czułam się, jakbym w końcu znalazła się tam, gdzie powinnam. Pełna rozmyślań ocknęłam się, kiedy usiadł obok mojego uda.
- Witaj, myszko! Jak się czujesz? – spytał Joseph
- Proszę Cię … nawet tak do mnie nie mów. – odpowiedziałam chłodno
- Widzę, że panna nie w sosie. Chyba trafiłem na złą porę. Jak to nazywają? Sprzeczka zakochanych. Dobrze mniemam?
- Joseph … nie rób sobie jaj, proszę. Trafiłeś na złą porę. Parę chwil temu w tych drzwiach stał Matthew. Był smutny i chyba płakał. Mimo wszystko nabrał siły, by potraktować mnie, jak powietrze.
- Ale że jak? Wyjaśnij mi to, bo … W ogóle co wy tu oboje robicie? Jak to się stało?

Wyjaśniłam Josephowi całą zaistniałą sytuacje. Opowiedziałam o cmentarzu, o mojej rozmowie z Mattem przed jego zasłabnięciem, o tym kiedy zasłabnął i co później się wydarzyło.
Słuchał tego z wytrzeszczonymi oczyma i ustami ukształtowanymi w dużą literę „O”. Wiedziałam, że nie mogę mu o wszystkim powiedzieć. O tym, że kocham Matta, a zachowuje się wobec niego koszmarnie. O tym, że chciałabym znów utonąć w jego ramionach.

- To straszne, Lena! Jak?! Nie rozumiem tego. A jak Matt? Już z nim wszystko ok?
- No, jak Ci mówiłam nabrał sił i potraktował  mnie w tych drzwiach, jak powietrze. – wskazałam na ohydnie zielono-żółte wejście do sali
- Pójdę do niego potem. Teraz posiedzę z tobą. Czuję, że jesteś tu bardzo samotna. No wiesz … mimo tych wszystkich opiekuńczych zachowań ze strony twojej matki.
- O kurczę! Zapomniałam o tobie, twojej rodzinie, matce … Przepraszam.
- Och, Lena … - roześmiał się – jak miałabyś nam pomóc prawie niepełnosprawna?

Co racja, to racja. Leżałam tu uwięziona. Miałam chyba złamaną nogę czy coś. Trochę poobijana byłam na żebrach. Brzuch miałam obwiązany bandażem, który już bardzo przesiąkł krwią. Koszmarny widok. No i głowa mi pękała.

- Ale i tak przepraszam. Nie miałam się, jak do ciebie odezwać. Nie posiadałam przy sobie komórki. – każda wymówka jest dobra
- Lena, nic się nie stało. Naprawdę. Poradziliśmy sobie. Mama nawet godziny z nami nie posiedziała. Ulotniła się pod pretekstem, że miała podskoczyć do przyjaciółki oddać pożyczone książki.
- Skąd wiesz, że to nie prawda? – spytałam
- Lena, Lena … jakby ci to powiedzieć? Znam swoją matkę. Pewnie poszła się uchlać. Udaje taką perfekcyjną, ale w rzeczywistości to żałosny obraz kobiety.

Joseph chyba jeszcze nie ochłonął po kolacji z własną mamą. Nie powinnam rozgrzebywać tematu.
- Co jest? Masz wyraz twarzy taki nieobecny. Chyba Matthew naprawdę Cię uraził.
- Cóż … nie wiem czy mnie uraził, czy nie. Jedno wiem na pewno! Nie znosi mnie i nie chce, żebym zawracała mu dupę.
- Ach bzdury, Lena! – usłyszałam głos wydobywający się z wejścia

Wrócił. Wrócił! Już lepiej się czuje. Widać to po nim. Oczy ma zaczerwienione, ale przeszła mu faza emocjonalna.

- Matt? Matt! Jak dobrze, że wróciłeś! – wykrzyczałam
- Ej, leż spokojnie. Chyba chcesz stąd wyjść, jak najszybciej, co nie?

Pomyślałam, że zasadniczo jeśli miałabym spędzić tu wieczność - ale przy nim - to bym została.

- Cześć, stary! Jak się czujesz? – spytał Joseph
- Dobrze. Nic mi już nie dolega. Wypisują mnie jutro. Jeszcze poleżę tu jedną noc i mogę iść w siną dal.
- Przyjadę po Was. Tata zostawił mi kluczyki. Będę mógł pewnie skorzystać z jego ofiarności. – powiedział Jo
- Ja pewnie będę musiała tu zostać, ale przyjedź po Matta. Chcę być pewna, że wróci bezpiecznie.
- Lena, jeśli ty tu zostaniesz to …
- Matt. Odpocznij sobie, proszę. Ostatnio przesiedziałeś ze mną całą noc i potem zasłabłeś. Nie chce, żeby przydarzyło Ci się to w domu. – przerwałam mu w połowie zdania
- Lena, ale ja nie muszę odpoczywać. Ze mną jest ok. Tylko ty tak licho wyglądasz.

Nie wiedziałam czy odebrać to za oblegę, czy nie. Było mi to zasadniczo wszystko jedno. Cieszyłam się, że Matt się dobrze czuje.
- Byli już policjanci u was? – spytał Joseph
- U mnie jeszcze nie. – odpowiedziałam
- U mnie też nie. – westchnął Matt, jakby uważał to za mało istotne

Nagle coś ścisnęło mnie w sercu. Zwinęłam się w kulkę i przyciągnęłam ręce, jak najbliżej klatki piersiowej. Usłyszałam tylko krzyki Matta: „Lena! Lena!” i uspokajającego go Jo. Lekarze wbiegli do sali i ich widok był ostatnią rzeczą, którą pamiętam tego feralnego popołudnia.
                                                                ***
Podobało się? Proszę o komentarze. :)

3 komentarze:

  1. Hej ! Pierwsza :3 Oj coraz bardziej lubię Josepha i nie tylko ze względu na imię. :P Jestem ciekawa co się wydarzy i błagam niech ona nie wraca do tego Matt'a. :P Fajny rozdział i czekam na kolejny. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super :)
    Nie mogę doczekać się następnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejka ! Właśnie przeczytałam wszystkie rozdziały i WOW! Pisz dalej! Czekam na kolejny rozdział! :D

    OdpowiedzUsuń